^Przewiń w górę

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5


Get Adobe Flash player

Mimo wielu wrażeń przed samym wyjazdem, emocjonujących odkryć nieważnych paszportów i docierających rzutem na taśmę w późne piątkowe popołudnie świeżutkich dowodów osobistych, mimo trwających niemalże do ostatnich chwil gorączkowych przygotowań – prawdziwej niemieckiej Reisefieber, zdołaliśmy w poniedziałkowy poranek 20 maja wyruszyć w stronę naszej zachodniej granicy.

Pierwszy dzień upłynął nam na zorganizowaniu się w naszej turystycznej grupie i odwiedzinach stolicy Wielkopolski. Poznań przywitał nas niezbyt przyjazną pogodą z ponurym niebem i mżącym deszczem. Mimo to udało nam się zobaczyć słynne ratuszowe koziołki oraz najważniejsze zabytki poznańskiej starówki z odwachem, bazyliką farną czy budzącym trochę grozy pręgierzem. Przekonaliśmy się również, że nie tylko Gdańsk ma swoją Fontannę Neptuna.

 

Wieczór dostarczył nam nieco rozrywki w ośrodku sportowo-rekreacyjnym Malta Ski, położonym, a jakże, nad brzegiem malowniczego Jeziora Maltańskiego. Kolejka górska Adrenaline poziom adrenaliny zdecydowanie nam podwyższyła, nie stwarzając jednak poczucia zagrożenia jak rollercoastery znane z popularnych parków rozrywki. Zjeżdżając natomiast na wielkich pontonach ze stoku, który zimą służy narciarzom, śmialiśmy się głośno z siebie nawzajem. Poniedziałkowy wieczór spędziliśmy na rozlokowaniu się w naszym miejscu zakwaterowania w przygranicznych Słubicach.

We wtorek, dla odmiany słoneczny i upalny, po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę Niemiec, udając się w stronę Berlina. Zwiedzanie niemieckiej stolicy rozpoczęliśmy jeszcze z wnętrza autokaru. Wieży telewizyjnej z błyszczącą kulą, największego budynku w Niemczech o wysokości 368 m, nie sposób było nie zauważyć już z daleka. Podobnie jak pozostałości muru berlińskiego, jednego z najbardziej znanych symboli zimnej wojny i podziału Niemiec. Klimat tamtych czasów mogliśmy poczuć, zwiedzając Checkpoint Charlie, słynne przejście graniczne między NRD a Berlinem Zachodnim. Niesamowite wrażenie zrobił na nas Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, kontrowersyjny i nietypowy monument, składający się z 2711 betonowych bloków, niebędących wydzielonym obiektem, lecz stanowiących część architektury miasta. Na nich przysiada się, słuchając wykładu przewodnika i chodzi się pomiędzy nimi z ciągłym poczuciem niepewności, kto wyjdzie nagle z prawej lub lewej strony.

Kolejnym punktem spaceru było ścisłe polityczne centrum Berlina, a może nawet i Europy. Stanęliśmy tuż przed okazałym gmachem Reichstagu, pełniącym funkcję siedziby Bundestagu, jednej z izb niemieckiego parlamentu. Nieco dalej mogliśmy natomiast zobaczyć skrajnie inną, nowoczesną architekturę urzędu kanclerskiego, który ze względu na duże okrągłe, przeszklone powierzchnie jest przez berlińczyków często prześmiewczo nazywany „pralką”. Z tychże dużych okien zapewne spoglądała na nas pani kanclerz Angela Merkel ;) 

Nie było również oczywiście końca wspólnym pamiątkowym fotografiom przed symbolem Berlina - Bramą Brandenburską, tak dobrze nam znaną z ilustracji w podręcznikach i makiet w sali języka niemieckiego. Wzdłuż bulwaru Unter den Linden zobaczyliśmy m.in. Uniwersytet Humboldta. Jeśli nie paryska Sorbona, to może to jest nasza przyszłość? Duże wrażenie zrobił Bebelplatz przy berlińskiej operze, a na nim niesamowity pomnik Versunkene Bibliothek - „zapadła biblioteka”. Małe pomieszczenie z pustymi regałami, ukryte ok. 5 metrów pod ziemią, obserwować można przez szybę w nawierzchni placu. Słuchając opowieści naszej przewodniczki o berlińskiej katedrze, mogliśmy zregenerować siły dzięki zakupom u wędrownego sprzedawcy precelków, który swoim rowerowym wózkiem zdecydowanie pojawił się we właściwym miejscu o właściwej porze. U podstawy wieży telewizyjnej chętnie pozowaliśmy do pamiątkowych zdjęć. Berlińska Wyspa Muzeów z wieloma najważniejszymi obiektami muzealnymi Europy z pewnością zachęciła nas do powrotu do niemieckiej stolicy.

Podobnie jak wizyta w niesamowitym Muzeum Techniki, na którego dokładne zwiedzenie potrzeba mnóstwa czasu. Drugi dzień wycieczki zakończyliśmy zakupem pamiątek i podarunków da rodziców. Środa zaskoczyła nas trochę kiepską pogodą i deszczem, padającym przez całą naszą drogę do Krausnick. Nie zepsuło to nam jednak humorów, bo akurat tego dnia w tejże podberlińskiej gminie i tak mieliśmy pławić się w tropikach. Szaleństwom w wodnym parku rozrywki Tropical Islands nie było końca. A deszcz na zewnątrz mógł sobie padać... 

Wspaniała pogoda pojawiła się zresztą ponownie dokładnie wtedy, gdy jej potrzebowaliśmy – w czwartek. Ponownie przejechaliśmy do Niemiec, gdzie naszym pierwszym celem był malowniczy i urokliwy Szprewald. Wzięliśmy udział w spływie łódkami po romantycznym labiryncie rzecznym, wśród pól, lasów i drewnianych mostów. Kojący pobyt na łonie natury pozwolił nam się nieco wyciszyć i oderwać od komórek, milczących brakiem zasięgu wśród szprewaldzkich szuwarów. Ostatnim punktem naszej wycieczki, znajdującym się na terenie Niemiec, był Poczdam i piękny zespół pałacowo-parkowy Sanssouci. Letnia rezydencja Fryderyka Wielkiego z piętrową i bardzo różnorodną roślinnością oraz małymi, bogato zdobionymi elementami zabudowy faktycznie może oczarować. Przejściem pod poczdamską Bramą Brandenburską (tak, nie ma tu żadnej pomyłki) oraz spacerem po starówce zakończyliśmy wyprawę do kraju naszego zachodniego sąsiada.

W piątek trzeba było się udać w drogę powrotną, jednak zanim dotarliśmy do Płocka, odwiedziliśmy jeszcze dwa rodzime, polskie miejsca. Dom przyrodnika i podróżnika Arkadego Fiedlera w Puszczykowie mieści obecnie muzeum i jest prawdziwą skarbnicą pamiątek z jego licznych wypraw. W niedalekim Rogalinie zobaczyliśmy trzy wyjątkowe pomniki przyrody – dęby Lech, Czech i Rus. A potem już tylko... powrót do Płocka, łzy rozstania, które nieoczekiwanie pojawiły się jeszcze w drodze w autokarze i wspaniałe wspomnienia, które na pewno zostaną na długo. Nasza młodzież podróżowała za zachodnią granicę pod opieką nauczycieli języka niemieckiego p. Bartłomieja Fortuny i p. Malwiny Rydzyńskiej oraz pań Ewy Sztanderskiej i Martyny Florkowskiej-Kardasz.

(tekst: Bartłomiej Fortuna)